Informuję , że nasz portal wykorzystuje pliki cookies. W programie służącym do obsługi internetu można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Możesz skonfigurować przeglądarkę tak, aby informowała Cię w sytuacji, gdy strona przesyła cookies. Dzięki temu będziesz mógł zdecydować czy zaakceptować te dane, czy też nie. Na www.plregiony.pl cookies wykorzystywane są do logowania, analizowania ruchu na forum, statystyk, a czasami do poprawnego wyświetlania reklam. Więcej w naszej polityce prywatności.
  • OGNISKO "ŻEBY CZŁOWIEK USIADŁ PRZY CZŁOWIEKU"

    Jadwiga Mizińska
    Ognisko: „żeby człowiek usiadł przy człowieku”


    Nie uchodzi, żeby rozpoczynać od zacytowania dedykacji napisanej dla autorki niniejszego tekstu, mimo to zdecydowałam się to uczynić za względu na specyficzne okoliczności jakie towarzyszyły jej napisaniu. Ale najpierw ją przytoczę:
    „Kochanej Jadwidze, która zechciała przy ognisku (symbol przyjaźni!) wsłuchać się w dobroć i mądrość mojej św. pamięci Matki - Marysia Dudzikowa, z domu Puchalska. Wrzesień/październik 2001”
    1.
    W trakcie jubileuszowej XV Letniej Szkoły Młodych Pedagogów (gospodarzem był Wydział Pedagogiki Akademii Świętokrzyskiej, dziś Uniwersytet J. Kochanowskiego) Język humanistyki. Sztuka pisarstwa naukowego, zorganizowanej w Ośrodku Szkoleniowym WOM w Wólce Milanowskiej w roku 2001, poznałam – od razu zaprzyjaźniłam się z Panią Profesor Marią Dudzikową. Zarówno jej osoba, jak i atmosfera wytworzona przez uczestników Szkoły zrobiła na mnie tak wielkie wrażenie, że podczas wieczornego ogniska ośmieliłam się zadać pytanie: „Skąd Pani bierze tyle zapału do bycia z drugim?”. Maria - bo wkrótce byłyśmy już po imieniu - odpowiedziała swoim ulubionym zwrotem: „nikt nie wynurza się niby Wenus z morskiej piany, każdy ma swój początek. Opowiem ci zatem o swojej matce, którą opisać można za pomocą dwóch słów: dobroć i mądrość”.
    Wkrótce z wielkim wzruszeniem odebrałam w odpowiedzi na moją prośbę, przesyłkę zawierającą skserowane wspomnienia Leonardy Puchalskiej – Seńków , zatytułowane Moje wspomnienia z wojny na Wschodzie a zaopatrzone w dedykację od Marii, przytoczoną jako motto powyższego tekstu.
    Po upływie dłuższego czasu, gdy ponownie wczytywałam się w wspomnienia 76- letniej wówczas Matki, szczególnie uderzyły mnie brzmiące jak przepowiednia słowa żydowskiego krawca, który zabierając swoje dziecko, przechowywane przez rodzinę Puchalskich życzył pani Leonardzie, by jej kilkuletnia wtedy córeczka Marysia wyrosła na wielkiego człowieka, i żeby jej wszyscy zazdrościli.
    Słowa mają Moc. Dobre i życzliwe słowa posiadają ją w dwójnasób. Życzenie dla Matki przekazane pod adresem Córki, przełożyły się na ogromy naukowy i pedagogiczny dorobek Profesor Marii Dudzikowej. Nie sposób go ogarnąć we wszelkich formach i wymiarach, tym bardziej, iż ciągle się rozwija i bogaci - będzie to zapewne „pokarm” dla wielu pokoleń. Jako nikłą jedynie jego cząstkę zaznaczam nasz wspólny z Marią udział w zredagowaniu specjalnego numeru "Colloquia Communia" (2005, nr 2) pt. Filozofia pedagogice - Pedagogika filozofii. Na jej zaproszenie opublikowałam dwa eseje w zbiorowych tomach z serii „z czerwoną różą” pod jej i prof. Marii Czerepaniak-Walczak redakcją, A minowicie Ku czemu wychowywać: nieszczęśliwy Midas czy szczęśliwy Hiob oraz Wydziedziczenie z codzienności. Esej o pedagogicznych implikacjach twórczości Herty Muller. Opublikowałam także trzeci tekst w książce Interdyscyplinie o interdyscyplinarności: "Człowiek to człowiek". Esej o kulturowych i światopoglądowych przesłankach interdyscyplinarności .
    Dziękując Marii za naszą przyjaźń, za „siłę i zapał do bycia z drugim”, wyrażam głębokie przekonanie, że ów entuzjazm udziela się również wszystkim uczestnikom Letnich Szkół Młodych Pedagogów. Wbrew nazwie – były one i są gorące!
    Cyprian Kamil Norwid pisał: „wszystko co pozostanie/poezja i dobroć”. W dedykacji umieszczonej przez Profesor Marię Dudzikową na maszynopisie wspomnień jej Matki, Leonardy Puchalskiej-Seńków, widnieje nieco odmienny zestaw wartości: "dobroć i mądrość". W oczach jej córki to właśnie one wybijają się na pierwszy plan. Dlatego dziś, na okoliczność XXX LSMP, nad którymi Maria Dudzikowa sprawuje pieczę odkąd pamiętam, chciałabym wsłuchać się w znaczenie i sens tej pary słów: dobroć oraz mądrość i podzielić się refleksją w kontekście Wspomnień Jej Matki.
    2
    Dobroć i mądrość: słowa tyleż piękne, co niepopularne, niedzisiejsze, niemodne; żeby nie powiedzieć – archaiczne. Idące pod prąd współczesności, która, jeśli już cokolwiek ceni z rzeczy nie pragmatycznych – to wiedzę. A raczej tylko taki jej rodzaj, jaki sprowadza się do informacji; przy tym przeważnie doraźnie użytecznej, powierzchownej, bo czerpanej z drugiej czy trzeciej ręki. Jej wcieleniem stała się wikipedia, pseudo - encyklopedia, gdzie zamieszczane bywają często anonimowe i nieautoryzowane wpisy. Swego rodzaju bryki, którymi chętnie posługują się osoby przyzwyczajone do pospiesznego przyswajania gotowych „pakietów” quasi – informacji. Dla przykładu można natrafić na taki oto wpis, wedle którego, ongiś popularna powieściopisarka Maria Rodziwiczówna, twórczyni ulubionych książek mojej matki takich jak Dewajtis, Straszny dziadunio, Czahary czy Lato leśnych ludzi, okazuje się być osobą kamuflująca się ze swoimi lesbijskimi skłonnościami. Narzuca się pytanie: jakie znaczenie mają tego rodzaju „informacje”, czemu – i komu – one służą. Oraz: po co w ogóle są zamieszczane, skoro nie przyczyniają się nawet do streszczenia zawartości poczytnych swego czasu powieści, nie mówiąc już o ich ocenie pod kątem literackim i artystycznym?
    Stąd też bierze się mój sceptycyzm wobec tego rodzaju „rewelacji”, bazujących na plotkarskiej wizji ludzkich stosunków, branej za wiedzę i szerzonej bez najmniejszej dozy krytycyzmu czy autorefleksji. Inną przyczyną podobnych wątpliwości stał się zalew tak zwanej „najnowszej wiedzy”, czerpanej z jakoby naukowych opracowań, a polecanej jako intelektualny ostatni „krzyk mody”. Okazuje się, iż w niektórych pedagogicznych, czy szerzej, humanistycznych środowiskach, zabrania się cytowania i omawiania prac starszych niż te, jakie zostały opublikowane w ciągu ostatnich kilku lat! Trend polegający na wypieraniu migotliwie zmieniających się koncepcji, kryje w sobie „zabobon”, jakoby to co nowsze, tym samym miało być bardziej wartościowe aniżeli to, co starsze. Znamionuje to specyficzną idolatrię, czyli naiwną wiarę we wszelkie nowinki, napędzaną przez ludzką niecierpliwość i pośpiech. Zamiast gruntownych i wyczerpujących badań stricte naukowych, otrzymujemy wówczas zawody i popisy, kto prędzej i skutecznej nadąża za błyskotliwymi i fascynującymi intelektualnymi newsami. Pogoń za oryginalnością, a czasem wręcz za intelektualnymi ekscesami, uniemożliwia niedoświadczonym badaczom cierpliwe i dogłębne studiowanie prac odznaczających się nie „przeterminowanymi” wartościami.
    Zaporą przed tym niebezpiecznym zjawiskiem mogą być dwie strategie: docenianie i studiowanie klasyków, a także trzecia: zdystansowanie się do pogoni za quasi – wiedzą, na rzecz mądrości.
    Jak wiadomo, od czasu Heraklita, mądrość polega na zhierarchizowaniu dwóch rodzajów (i dwóch poziomów) wiedzy: doksa oraz episteme. Innymi słowy: niesprawdzonych mniemań bezkrytycznie poczytywanych za autentyczne przekonania, zaś z drugiej strony - przekonań naukowych ugruntowanych na zweryfikowanych sądach. Jednakże różnica między doksą a episteme nie sprowadza się wyłącznie do stopnia ich wiarygodności, jako że autentyczna sophia wyrasta ponad poziom wszelkiej teorii- episteme: wznosi się również ponad nią jako metapoziom. Oprócz zawartości intelektualnej i racjonalnej, sophia zawiera dodatkowy moment. Jest nim mianowicie „mądrość serca”, niesprowadzalna do żadnego innego rodzaju wiedzy, w tym również stricte racjonalnej.
    Najistotniejszą rysem tak rozumianej mądrości jest samoświadomość, wyrażająca się oświadczeniem: „wiem, że nic nie wiem", zaś w nieco innym sformułowaniu: „niczego do końca nie wiem i wiedzieć nie jestem w stanie”. Wyrażenie: „niczego nie wiem na pewno”, aczkolwiek brzmi jak żałosne przyznanie się do niewiedzy, w istocie stanowi ochronną barierę przed pychą, względnie przed pochopnością czy naiwnością, a co już najgorsze – przed głupotą. Ostatecznie to nie sama niewiedza jest czymś kompromitującym, lecz swego rodzaju „substancjalna głupota”, blokująca dostęp do rzeczywistości. Zatem - tępota intelektu, nakładająca się na tępotę i obojętność - niewrażliwość serca. Ażeby skruszyć i roztopić owe przeszkody, należy użyć czegoś innego, niż tylko ostrza wiarygodnej wiedzy - niezbędna jest w tym celu ponadto „inteligencja serca”.
    3.
    Skupiając się już na samej tylko mądrości, warto odróżnić dwojaki jej rodzaj. Za pierwszym razem będziemy mówić o „mądrości” bez używania jej dodatkowych określników, w drugim natomiast podkreślając jej specyfikę za pomocą określenia „mądrość życiowa”.
    Mądrość „bez przymiotnikowa” odnosi się do postawy zajmowanej przez wybitne osoby, powszechnie uznane za niepodważalny autorytet - takie, które zasługują na miano „mędrców”. Jakkolwiek one same nie pretendują do tej roli, to ogłasza je nimi tradycja. Cieszący się najwyższym poważaniem mędrcy, stają się przewodnikami w zakresie metodycznego wątpienia, dyskretnie pouczającymi jak nie ulegać poznawczym iluzjom i pozorom. Raz jeszcze warto podkreślić, iż prawdziwy mistrz nie obnosi się ze swym autorytetem. Wzorem Sokratesa, on co najwyżej zdumiewa się, że ktoś go aż tak wysoko ceni, starając się przy tym dociec, na czym polega ta osobliwa cecha, jaka wyróżnia go z pospolitości. Czyni to poprzez metodyczne porównywanie się z innymi, nie posiadającymi owej unikatowej cechy. U mędrca nie może więc być miejsca na wywyższanie ponad innych, a tym bardziej na pychę. Powinien się bowiem charakteryzować się autentyczną pokorą, niezbędną dla pełnienia służby wobec ludzi w nieco mniejszym stopniu obdarowanych zaletami umysłu i serca.
    Mądrość życiowa różni się od mądrości „bez przymiotnikowej” tym, iż podczas gdy pierwsza koncentruje się głównie na wartościach teoretycznych, to ta druga skupia się na wartościach praktycznych i życiowych. Jest ona do głębi zanurzona w codzienności, i właśnie ją obsługuje przede wszystkim. Nie przywiązuje też specjalnej uwagi do konieczności ich określania czy definiowania; po prostu działa według tych wartości, kierując się intuicją, wyczuciem oraz sumieniem. Ludzie powodowani mądrością życiową czynią to na zasadzie moralnego odruchu; nie sposób w nim odróżnić momentu intelektualnego od etycznego. Nic dziwnego, bowiem mądrość życiowa jest syndromem następujących elementów: wrażliwości, empatii, współczucia, życzliwości oraz miłości bliźniego. Czyli osobiście przeżywanych głębokich uczuć skierowanych do poszczególnych i konkretnych osób. Angażując się w niesienie innym czynnej pomocy, pocieszenia ich czy ratowania z opresji, tacy ludzie spieszą z nimi bez namysłu, i tylko od czasu do czasu, pozwalają sobie na racjonalizowanie tak cudzego, jak i własnego postępowania. Wszakże postawa ta jest daleka od naiwności. Wprost przeciwnie, wychodzi poza granice zwyczajnej wiedzy - w stronę specyficznej mądrości serca. W pewnym sensie jest więc głębsza aniżeli ”zwyczajna” mądrość rozumu. Właśnie dzięki temu zapobiega zgorszeniu, sianiu cynizmu i nihilizmu; „stwardnieniu” serca, czy moral insanity. Teolog prawosławny, Wacław Hryniewicz nazywa tę postawę „inteligentnym sercem” i traktują ją jako „sól mądrości”.
    Powiada:

    Sól może być także symbolem mądrości. Aby nie gorszyć, trzeba mieć w sobie samym sól mądrości, sól żywej wiary i nadziei, bo taka mądrości ocala i zachowuje w nas wrażliwość na innych, szlachetność i dobroć człowieczeństwa. Sól mądrości, jaka rodzi wiara i nadzieja, nadaje sens, a więc i smak naszemu życiu. < Wy jesteście solą ziemi>- mówił Jezus. Ostrzegał przed nieużytecznością soli, która zwietrzeje i straci swój smak, ( Mk 9. 50; Mt 5, 13; Łk 14, 34). Nadaje się wówczas jedynie na wyrzucenie <na zewnątrz>. < Miejcie w sobie sól!>. Lapidarne słowa warte głębokiego namysłu”.

    Komentując tę wypowiedź rzec można: mądrość życiowa wymaga nieustającej „posługi serca”, objawiającej się w rozżarzaniu uczuć człowieczeństwa, a opartych na trzech ewangelicznych cnotach: wierze, nadziei i miłości. Dopiero na takiej podstawie można rozbudzać w sobie oraz w innych wrażliwość, szlachetność i dobroć. Mądrość nie jest więc jedynie po prostu walorem rozumu; apeluje ona również - i nade wszystko - do uczuć; do swoistego „zmysłu człowieczeństwa”. Stąd też wypływa rozważana swego czasu przeze mnie kwestia: „czy zły człowiek może być dobrym uczonym?” . Powyższe pytanie celowo eksponuje dwuznaczność wyrażenia „dobry uczony” oraz „dobry człowiek”; za pierwszym razem chodzi o biegłość i sprawność intelektualną, za drugim natomiast o sui generis „biegłość” i „sprawność” aksjologiczną. Przywołany przed chwilą Wacław Hryniewicz uważa ją za przejaw „głębi człowieczeństwa”. Mądrość jako taka wyklucza się z tak pojmowaną „głębią człowieczeństwa”: zły i niegodziwy człowiek, nawet gdy manifestuje najwyższe walory intelektu, nie może pretendować do mądrości, lecz co najwyżej – do bycia kompetentnym uczonym, czy też ekspertem w wąskiej specjalności.
    Przejdźmy do egzemplifikacji dotychczasowych rozważań.

    4.
    Niewielki objętościowo, tekst Leonardy Puchalskiej – Seńków Moje wspomnienia z wojny na Wschodzie , stanowi niezwykle cenny dokument zarazem „życiowej mądrości”, jak i „głębi człowieczeństwa”. Podyktowany spontanicznie na prośbę jej córek, a spisany przez wnuczkę, zawiera relację o dramatycznych przejściach spowodowanych wybuchem wojny w roku 1939. Zamieszona na początku mapka ogranicza je do okolic Ostroga. Tam bowiem na stacji Ostróg mieszkała rodzina Puchalskich - ojciec Stanisław był kolejarzem. Na tle obfitej opublikowanej drukiem literatury kresowej, wspomnienia autorki wyróżniają się nie tyle samą fabułą (podobne dzieje dotyczyły znacznej ilości osób z tych terenów) co ich moralnym wydźwiękiem. Rzucająca się ich osobliwość zasadza się na niesłychanym natężeniu wątku aksjologicznego. Jego sednem staje się dramatyczne, a niekiedy wręcz heroiczne borykanie się z „nie codzienną codziennością”: z przerażającymi realiami wojny, przewracającymi na nie wyobrażeniami o zwykłej normalności. W momencie wybuchu społecznego kataklizmu, nikt nie był w stanie przewidzieć, ani też na bieżąco objąć jego konsekwencji, jako że prawie wszyscy byli nim porażeni i zdruzgotani. Pozostawało zatem dzień po dniu, reagować na to, co się wydarzało. Chaos wojny - wywrócenie do góry nogami normalnego i zerwanie przewidywalnego toku zdarzeń, u większości ludzi powodowało więc skupiania się głównie na konieczności przetrwania i przeżycia.
    Na tym, do pewnego stopnia, zrozumiałym tle, zarysowuje się wyjątkowa postać: Leonarda Puchalska, matka dwóch maleńkich córeczek, usiłująca wraz z mężem je ochronić przed przeraźliwymi doświadczeniami. W tym też właśnie objawiała się niesłychanie odważna, choć zarazem dyktowana nieustającym poczuciem zagrożenia i niebezpieczeństwa, postawa bohaterki wspomnień. Jej przejawami i świadectwami okazywały się konkretne – choć na pozór drobne w skali dziejów - zachowania wobec pojedynczych ludzi, obejmujące krąg nie tylko jej najbliższych, ale również - chcianych bądź nie chcianych - ich sąsiadów. Co najistotniejsze: bez przykładania wagi do różnic wynikających z przynależności do takiej czy innej wiary, wyznania, poglądów, czy „rasy”. W zasięgu współczucia i chęci niesienia pomocy przez autorkę, znajdowali się więc zarówno okoliczni Polacy, Ukraińcy, Żydzi, jak też bolszewiccy czy niemieccy przybysze - w pierwszej chwili chciałoby się powiedzieć „najeźdźcy”. W świetle jej wspomnień, nie godziłoby się wszakże użyć takiego stereotypowego i niezbyt mądrego określenia. Albowiem bez względu na przynależność do takiego czy innego, zamieszanego w kataklizm wojny narodu, Leonarda Puchalska z jednakowym współczuciem i zrozumieniem odnosi się do wszystkich: żydowskiego krawca oraz jego żony Marii wraz z ich dziećmi Hacykiem i Rają (tułających się po dworcu kolejowym, których bezdomnych przyprowadził jej mąż), „głupiego Jasia” przygarniętego do rodziny i do anonimowego Niemca, który pomógł zdobyć bohaterce wspomnień aspirynę dla chorej Żydówki, a potem żartował z jej pomyłki, gdy zamiast „bitte kussen Sie – proszę się częstować”, rzekła: „bitte kissen Sie - proszę mnie pocałować”, częstując go wiśniami. Nawiasem mówiąc, można byłoby tę pomyłkę uznać za symboliczną. Wszak dobroć bywa „odżywcza” w obu sensach; gdy po prostu pozwala zaspokoić głód, i gdy u obcych (czy „wrogich”) budzi wdzięczność. Szczególnego wydźwięku nabierają zachowania autorki w stosunku do „Sowietów”, na równi z Niemcami przez większość Polaków uznawanych za śmiertelnych wrogów. Nie zważając na polityczny czy ideologiczny ich status, postrzegała w nich wyłącznie wygłodniałych i śmiertelnie zmęczonych żołnierzy, dla których z narażeniem życia zdobywała suchary, dodatkowo obdarowując ich pozostawionym przez męża (wtedy już żołnierza) ubraniem.
    Ani przez chwilę nie przyszło jej do głowy, żeby w tych staraniach: nakarmienia głodnych, przyodziania obdartych, czy leczenia chorych czynić jakikolwiek wyjątek. Podobnie jak Samarytanin w poranionych - widziała jedynie potrzebujących natychmiastowej pomocy. Choć bez wątpienia zasłużyła – bodajby pośmiertnie – na przyznanie medalu Sprawiedliwych wśród Narodów Świata, bynajmniej nie poczuwała się do bohaterstwa. Najzwyczajniej - a raczej najniezwyczajniej – ratowała przerażonych i potrzebujących schronienia czy pożywienia l u d z i. Jej głęboki zmysł moralny (choć sama zapewne nie użyłaby tego określenia) nakazywał jej natychmiast reagować na cierpienie, bez zważania na to, czy ktoś jako „przyjaciel” na nie zasługiwał czy też jako „nieprzyjaciel” nie zasługiwał. Zgodnie z nauczaniem Jezusa, przechodziła obojętnie ponad rzekomymi różnicami między „Żydem” a „Grekiem”, nie mówiąc o wszystkich innych powaśnionych, czy wprost mordujących się nawzajem nacjach. I choć za każdym razem chciała mieć na względzie przede wszystkim najbliższą rodzinę, mimo to wystarczyło jej miejsca zarówno w domu, jak i w sercu, dla „obcych” czy „przybłędów”. Do swojej, dosłownie rozumianej rodziny, dołączyła przecież także żydowską dziewczynkę czy osieroconego, upośledzonego umysłowo chłopca. W swoim wiecznym zatroskaniu o nią i zapewnienie jej elementarnych potrzeb życiowych, bez namysłu potrafiła dzielić się skromnym dobytkiem, przygarniając do ciasnego mieszkania osoby pozbawione dachu nad głową. Aby temu podołać, imała się wszelkich, nawet najbardziej wyczerpujących robót. Bywała przez to skrajnie wyczerpana, i to nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. Przybita moralnie, jak wówczas, gdy zamordowano młodą dziewczynę na jej bezradnych oczach. Rozpaczała, gdy znajomemu księdzu nie udało się uratować przechowywanego Żyda, i gdy spotkał go los identyczny jak zaprzyjaźnioną żydowską rodzinę. Tylko od czasu do czasu pozwalała sobie na momenty rozpaczy i zwątpienia: Wdychała wtedy: ciężko, ale żyć trzeba. Ten nakaz przetrwania oraz wytrwania dotyczył przede wszystkim zdanych na jej łaskę i niełaskę, podopiecznych. Zdając sobie sprawę, iż wzięła na siebie ciężar ponad ludzkie siły, nie mogła sobie pozwolić na żadną ulgę. Jej determinacja okazywała wszakże większa niż wyczerpanie i przygnębienie. Chwilowo bezsilna – stawała się zdolna do wykazywania potężnej mocy ducha. Tłumaczyła to dziś we Wspomnieniach... tak:
    Byłam młoda, stąd i dlatego pewnie odważna w pomaganiu prześladowanym Żydom. Mało brakowało, że i ja, jak wielu wtedy, przypłaciłabym życiem swoim i swoich najbliższych. Raja mieszkała z nami przez kilka miesięcy, w czasie których nie kontaktowałam się z sąsiadami, tłumacząc chorobą i wtedy przyszli Niemcy. Mówili, ze chcą nas przenieść na inne mieszkanie i chcą oglądnąć moje. Przeraziłam się, w drugim pokoju bawiły się niczego nieświadome moje dzieci i Raja. Zaczęłam płakać, że to koniec. Wprawdzie Niemcy zachowywali się grzecznie, tłumaczyli, że mąż pracuje, więc nie wyrzucą nas na pole. Oglądnęli jeden pokój, stanęłam przed drzwiami drugiego czując, że za chwilę może być po wszystkim. Otworzyłam drzwi i zobaczyłam otwarte okno, dzieci nie było. Moja mama znała niemiecki i jak usłyszała o zamiarze oglądnięcia mieszkania, wyszła pod okno i kazała dzieciom wyjść. Okna wychodziły przez chlewek na pole…” .
    Mimo tych, dosłownie śmiertelnie groźnych, przejść, niekiedy zdarzały się też momenty ulgi, a nawet przebłysku radości, jak wówczas, gdy ojciec zabierał przechowywaną Raję: Dziecko zabrał ojciec, bo dłużej nie można było ukrywać. Zabierając je do lasu, do partyzantki, powiedział: „nie mam pani co ofiarować, ale żeby Pan Bóg dał, żeby z paninej córki był wielki człowiek, żeby jej wszyscy zazdrościli…
    A oto inny obrazek ilustrujący niezłomną postawę młodej kobiety, z okresu, gdy w obawie przed nasilającymi się mordami na ludności cywilnej schroniła się z dziećmi na parę dni u znajomych w Zdołbunowie:
    Wieczorem przyszła gromada sąsiadów. W mieście słychać było strzały, bombardowanie. Musiałam uspokajać dzieci udając, że to nic strasznego, choć serce drgało a ręce trzęsły się bardzo. W końcu ucichło. Baliśmy się w dalszym ciągu banderowców. Około godziny 9-tej ktoś zastukał w drzwi werandy. Była oszklona Zobaczyłam dwóch żołnierzy radzieckich. Mieli karabiny, mówili bardzo głośno: „chazjain, otkroj”. Mówili, że Niemców już nie ma, a oni są bardzo zmęczeni. Złapałam za klamkę, żeby otworzyć, a pan Malinowski odepchnął mnie, mówiąc, że to banderowcy. Nie zdawałam sobie sprawy, że rzeczywiście mogło tak być, jakaś siła wstąpiła we mnie, odważnie odepchnęłam pana Malinowskiego i otworzyłam drzwi. Oczom moim ukazał się smutny widok. Żołnierze byli bardzo zmęczeni, mundury mieli całkiem przemoczone, tak, że lała się woda (forsowali rzeczkę). Nie patrząc na czystą podłogę, nie zważając na nikogo, wpuściłam ich, pokazując miejsce przy stole. Karabiny ściskali przy sobie, a głowy chyliły się im na stół. Później opowiadali, że dwie noce nie spali. Pani Malinowska zrobiła herbatę, a ja uklękłam przy ich nogach, zdjęłam mokre buty i onuce. Buty włożyłam do dochówki . Onuce przeprałam, potem umyłam im nogi. Pan Malinowski powiedział: ”paniusiu, dzieci patrzą co pani robi”. Na to odrzekłam: „No to niech patrzą, niech robią to samo, to nie hańba. Hańbą było to, jak Niemcy prowadzili jeńców przez pole buraczane i jak któryś z nich wycieńczony podniósł buraka został zastrzelony. Na polu leżeli jak snopy po żniwach, wtedy zakrywałam dzieciom oczy fartuszkiem, żeby nie patrzyły. Teraz niech patrzą, niech zapamiętają. Pan Malinowski przyniósł trochę wina z piwnicy, a żona jego zrobiła kolację. Zasnęli siedząc za stołem. Potem jeden z nich spytał dlaczego to zrobiłam, przecież on Ruski, ja Polka młoda. Odpowiedziałam, że " losy człowieka są różne, może wasza matka zrobi to Polakowi”. Poszli, a ja sprzątnęłam kuchnię, doprowadziłam do porządku. Pan Malinowski podsumował: „podziwiam, paniusiu, podziwiam”… .
    6.
    Kiedy po kilkakroć czytałam tekst Moich wspomnień z wojny na Wschodzie, odniosłam wrażenie, że wynikający z nich sens dałby się sprowadzić do przeciwieństwa ujętego przez Józefa Życińskiego jako „logika ran” i „modlitwa ran”. A ponadto – do postawy nazwanej przez tego myśliciela „trudnym pięknem”. W obu przypadkach chodzi o proces i sumaryczny wynik zmagania się z życiem przez konkretną osobę, która – nie używając aż tak wzniosłych słów - praktykowała „Ewangelię ran” . Większość ludzi sądzi, iż pojęcie „świętości” powinno być zarezerwowane wyłącznie dla osób wyjątkowych. Heroicznych, czyli takich, którzy są zdolni przekraczać próg „nadczłowieczeństwa” wobec tego zasługują na wynoszenie ich na ołtarze jako błogosławieni czy kanonizowani. Tymczasem w osobie Leonardy Puchalskiej, mamy do czynienia z fenomenem świętości zwyczajnej, realizującej się poprzez rozsiewanie okruszynek dobroci codziennej. To właśnie owe drobiny skumulowały się w jej życiową mądrość. Dla niej samej niewidoczną, przezroczystą - sama siebie nigdy by jej tak nie nazwała.
    Poniekąd w jej imieniu uczyniła to znakomita myślicielka Hannah Arendt, twierdząca, iż „dobroć powinna być cicha” . Jak wszystko co prawdziwie wartościowe i cenne, dobroć winna kryć się poza słowami: we wnętrzu serca. Podczas gdy Sokrates swoją postawę mędrca opisywał słowami „wiem, że nic nie wiem”, bohaterka wojennych wspomnień mogłaby rzec: „nie wiem, że wiem”. Jej szczególna, wychodząca ponad wiedzę - w stronę mądrości, mieściła się poza wszelkimi słowami: w miłości do l u d z i. A raczej – do bliźnich, którym nie wahała się umywać brudnych nóg, opatrywać ran, i dla których nie szczędziła ostatniej kromki chleba.
    7.
    Ognisko, które w swej dla mnie dedykacji profesor Maria Dudzikowa uznała za symbol przyjaźni, w oczach jej niezwykłej Matki, Leonardy stało się czymś najzupełniej realnym. Potrafiła przy nim ogrzewać -zarówno swoich, jak i obcych - zziębniętych, dzieląc się z nimi chlebem, ubraniem, dachem. A nade wszystko - wszechobejmującym współczuciem. Szlachetnością i wspaniałomyślnością, nie znającymi miary. Jedynym za to uznaniem, były dla niej słowa gospodarza: podziwiam, paniusiu, podziwiam, jak również życzenia żydowskiego krawca przepowiadającego jej córce kilkuletniej Marysi, że stanie się kiedyś wielkim człowiekiem.
    Czymże jest jednak owa prawdziwa w i e l k o ś ć? Nikt chyba trafniej nie odpowiedział na to pytanie niż Józef Życiński. Polega ona na tym, „ażeby człowiek usiadł przy człowieku” . Myśl tę dedykuję ku pamięci i rozwadze uczestnikom tej i kolejnych Letnich Szkół Młodych Pedagogów.
  • Recennzuj Post Bloga

    rudewierszokletki

    Przy porannej kawie

    PRZY PORANNEJ KAWIE….
    Świecie wspaniały , świecie srogi
    Dokąd to zmierzasz nieustannie?
    Biegnąc w ciemnościach i pośpiechu
    Nie zagub się , nie pomyl drogi.

    Jesteś iluzją i marzeniem
    Oazą...

    rudewierszokletki 22-11-2017 21:05